Crowfunding babe!!!!

Kochani! Oto nadarza się okazja by dobrze zainwestować swoje pieniądze!!! :D

Z impetem rusza projekt crowfundingowy pt. „Dzisiaj – film z angielskimi napisami”
Pomóżcie nam ukończyć pełnometrażową komedię!!!


http://www.odpalprojekt.pl/dzisiaj
UDOSTĘPNIAJCIE PROSZĘ!!!!

W filmie biorą udział znakomite postaci polskiej sceny teatralnej, kabaretowej i muzycznej, gwarantujące niepowtarzalność efektu końcowego!!! Wojtek Solarz, Grzegorz Halama, Tymon Tymański, Marek Grabie, Marcin Sitek, Maciej Wyczański, Emil Zubelewicz, Tomasz Majer (Bajer), Michał Sufin, Andrzej Jeżowski!!!

Fabuła przedłuży Ci życie o wiele godzin – w zgodzie z zasadą, że minuta szczerego śmiechu to 10 min życia więcej!!!

Jest to produkcja absolutnie niezależna – wspierając nasz projekt naprawdę przyczyniasz się do rozwoju polskiego kina!!!

Zapraszam z całego serca!!! Polskie kino alternatywne powstaje tylko dzięki Wam! :****

Podawajcie dobrą nowinę dalej!!!

Uściski,
Marek Grabie

9)

Druga część „Księżyca za chmurami” wymagała od Dantona jeszcze co najmniej miesiąca pracy. Urządzenie do opto-animacji działało sprawnie, jednak to co w przypadku pierwszej części „Księżyca” zajęło kilka godzin, przy drugiej części ciągnęło się w nieskończoność. Nie dalej jak dwa dni temu udało się Maurycemu dopiero nakręcić animowaną sekwencję przepływu chmur. Być może materiał był gorszego typu niż dwanaście lat temu. Wówczas w roku 1970, udoskonaliwszy prototyp skrzyni animacyjnej, wynalezionej przez Juliana Antonisza, Maurycy Danton zapomniawszy o takich ludzkich słabościach jak potrzeba snu i spożywania posiłków, w ciągu zaledwie jednego dnia zarejestrował bezpośrednio na taśmie filmowej podróż fioletowych chmur po nocnym nieboskłonie, używając mikroskopowej próbki zakupionej w banku Xaviera Garcon’a, a także pochwyconego przez skomplikowany system soczewek luneto-mikroskopu, odbicia księżyca w szklanej laboratoryjnej tafli. Ku zaskoczeniu autora scenariusza, najtańsi statyści w dziejach przemysłu filmowego, po 0,000001 Franka francuskiego za kogoś kto w połączeniu z komórką jajową sam mógłby nazywać się Frank, miast swobodnie przepływać, kreując obraz chmur na tle ciemno-niebieskiego nieba, skupiły się wokół pomniejszonego miliony razy obrazu księżyca w pełni, rzutowanego przez optyczny mechanizm opto-animatora na szklaną próbkę. Uff – pomyślał Danton, utrwaliwszy na taśmie filmową wyschnięty z mandarynki wyciągnięty pierzasty szkielecik. Te miniaturki pomarańczy nie ograniczały się do imitowania swoich nie-skarlałych odpowiedników w świecie makro, były także ulubionym przez Dantona źródłem fruktozy i po odpowiednim spreparowaniu dostarczały drzewiastej scenerii jego filmom. Danton rozrywał je na pół, a następnie z samego środka wydobywał ciągnącą się wzdłuż osi owocu, białą substancję. Suszył ją i używał do animacji. Z zegarmistrzowską precyzją przesunął wzdłuż celulojdowej taśmy maleńką, wyjętą z zegarka, zębatkę, sprawiając, że zbudowany z niej (oraz jeszcze paru części), maleńki ptaszek poderwał się z mandarynkowej gałęzi drzewa. W pierwszej części „Księżyca za chmurami” też były takie ptaki i drzewa uzyskane w sposób identyczny z owoców. Próby odtworzenia finałowej sekwencji z tego filmu (część druga podejmowała opowieść w miejscu, w którym ją zakończono), kończyły tylko niepowodzeniem i coraz większą frustracją Dantona. Wtedy, dwanaście lat temu, gdy Marcina jeszcze nie było na świecie, gdy tylko odgłosy przekładni, skrzypienie pantografu i pojękiwania jego samotności przerywały ciszę panującą w pracowni, nowo zbudowane urządzenie zarejestrowało tę niesamowitą sekwencję. Przefarbowani na fioletowo, jednobarwni jak żołnierze lub uczniowie gimnazjum, w liczbie 500 milionów, merdając wesoło długimi ogonkami, bracia w kodzie DNA, zakończywszy bezładną podróż we wnętrzu próbki, ruszyli w stroną kulistej i tajemniczej tarczy księżyca.

8)

Maurycy Danton rozdzielił kopertę niewielkim nożykiem, po czym wyjął ze środka zgiętą na pół kartkę papieru. „Drogi ojcze” – przeczytał koślawe litery nagłówka. Wstał z drewnianego stołeczka, na którym zwykł siedzieć w czasie montażu i z listem w dłoni posadził swoje pięćdziesięcioletnie ciało na ogromnym fotelu. Nie przerywając czytania, pozwolił bolącym plecom odnaleźć najlepsze ułożenie wśród wybrzuszeń i wgłębień zdezelowanej tapicerki. Osiągnął wiek moszczenia się. Czuł, że jego umysł wynalazcy, nie uznający pospolitych ograniczeń i podejmujący wyzwania idei najdzikszych i najdziwniejszych coraz silniej poddaje się dużo wolniejszemu rytmowi ciała. Choć uważał, że wielkich czynów dokonuje się zrywami, z aktywnością błyskawicy łączącej nagle przeciwstawne bieguny, ogólny stan popadania w coraz większy bezruch i bezwład zagarniał czujną, codzienną gotowość do przeskoku. Na szczęście miał swoich pomocników – pomocne dłonie i nogi, przemierzające, zamiast niego, hałdy złomowisk, oddzielające od plew elementy sprawnych przekładni, śrub i tranzystorów. Najwierniejszym towarzyszem jego pomysłów, zapatrzonym w umysł Dantona jak w przepiękny i bezcenny klejnot był przebywający właśnie na obozie harcerskim w bieszczadzkiej stanicy koło Terki, jego przybrany syn, Marcin. Z treści listu wynikało, że przygotowywany przez niego, oraz jego braci i siostry w przysiędze harcerskiej (określenie użyte w liście, przez Marcina) harcerski obóz został właśnie zbudowany i za niecałe dwa dni przybędzie do niego reszta obozowiczów. Maurycy doczytał do końca, po czym odłożył kartkę na stolik. – Higienista? – Po diabła mu coś takiego? Przecież są inne sprawności jak ‚Elektronik’, czy ‚Narciarz doskonały’ – w ostateczności, fotoamator lub ‚Skrzętna gospodyni’, ale ‚Higienista’? Hmm – mruknął pod nosem. Przez sekundę zmagając się ze słodką bezwładnością oderwał plecy od miękkiego oparcia i uniósł ciało ku górze, wraz z jego najważniejszą składową, chroniącą dość miękką i bezbronną zawartość, odpowiedzialną za takie rzeczy jak ogień, tabletki na potencję i bomba atomowa.

7)

W otoczeniu bieszczadzkich lasów, pośród przyrody dzikiej i nieomal nieugłaskanej ręką człowieka (w latach osiemdziesiątych Bieszczady były mniej oswojone niż obecnie) czułem jak tworzący mnie cień w zupełnie naturalny sposób zespala się ze wszystkim wokół. Stapia się z cieniami drzew i pagórków, w niemalże radosnym zapomnieniu o sobie samym towarzyszy ‚Nieznanemu’ tworzącemu rzeki i kamienie. Nie pragnąłem niczego innego niż to, by ta chwila trwała, by całą Wieczność zbijać wraz z innymi druhami obozową wieżę strażniczą i wciągać na masz żółtą flagę naszej drużyny. Przez dwa tygodnie trwaliśmy wszyscy w we spólnym uniesieniu, tworząc coś co miało służyć za dom tym innym, którzy przybędą. Tym co przyjadą na gotowe z nowo zakupionymi traperkami, z dłońmi bez odcisków i kompletną niewiedzą na temat korzeni harcerskiego ducha. Wampiszony nie darzą zbyt dużym szacunkiem duszy osobniczej, prawdziwego Ducha natomiast wielbią prawdziwie i nieustraszenie. Duch harcerstwa był dla mnie posłańcem tego Ducha prawdziwego, strzałką na wskaźniku wskazującą to co jest naprawdę ważne, komputerową ikonką w kształcie rączki, kierowaną w przemyślany sposób przez rozumnego użytkownika komputera, Alfą kierującą w stronę Omegi, Janosikiem zabierającym coś bogatym i oddającym biednym to samo coś, lub chociaż podobne – może nie rozmiarami, ale na pewno kolorem i wagą – jeśli decydował się na kamienie. Tym było właśnie dla mnie Harcerstwo. Po cóż więc zapytacie, jeszcze rozdrabniać ducha na drobne i zdobywać sprawności takie jak Higienista czy Sanitariusz, skoro wszystko już było w tej rzeczywistości pierwotnego munduru bez odznaczeń, określonego przez Krzyż jak przestrzeń? No właśnie? Gdy myślę o tym teraz z perspektywy trzydziestu z górą lat, wciąż zadaję sobie to pytanie. Choć wiem co skierowało moje myśli ku pierwszej sprawności harcerskiej ‚Higienisty’, nie jestem pewien czy jej zdobywanie nie oddaliło mnie od istoty samego siebie (a także harcerstwa), miast zbliżyć.

6)

Czerwiec 1982 nie zapowiadał się upalnie. W przeciwieństwie do reszty grupy kwatermistrzowskiej – określenie to było jedną z nagród jakimi obdarzono budowniczych obozu harcerskiego (przysługiwał nam też dodatkowy dżem truskawkowy, przez cały czas trwania obozu) – nie czułem dyskomfortu z powodu takich pogodowych prognoz. Druhny i druhowie znali mnie raczej jako osobę pozostającą w cieniu, nieco introwertyczną i zdecydowanie nadużywającą nakryć głowy oraz okularów przeciwsłonecznych. Nie miało to żadnego związku ze stereotypowym obrazem wampiszona, lękającego się każdego słonecznego promienia – po prostu cierpiałem na lekki światłowstręt. Na prawdę. Stwierdziło to niezależnie dwóch lekarzy o specjalności ogólnej, w dwóch niezależnych klinikach we Francji, należących poniekąd do mojego przybranego ojca Maurycego Dantona. Podczas gdy mój ojczym konstruował nowe urządzenie do animacji poklatkowej, tworzonej bezpośrednio na taśmie filmowej, ja, ubrany w nowiutki mundur Harcerstwa Polskiego, chowając się pod błogim cieniem rogatywki, wznosiłem wraz z druhnami i druhami kolejne namioty i naprężałem kolejne łóżka polowe rozciągając je na drewnianych krzyżach.

5)

Pierwotnie nieozdobiony mundur jest pusty i szczery. W mundurze harcerza, niczym dwie, przecinające się osi przestrzeni (osi to oczywiście skrót od słowa osie, pozwalający zaoszczędzić w słowie pisanym do jednego znaku na słowo – co przy tekście składającym się tylko ze słów ‚osie’, pozwala zaoszczędzić mnóstwo miejsca! Można je wykorzystać dowolnie, ale oznaką konsekwencji i hartu ducha piszącego jest oczywiście zagospodarowanie jej skrótami słowa ‚osie’), a zatem niczym te dwie osie, na wysokości serca, tkwi w mundurze Krzyż Harcerski – jest on i bezbrzeżna rozchodząca się wzdłuż materiału w kolorze khaki, a także przenikająca najbliższą przestrzeń wokół harcerza szczerość. Oto pierwotny mundur bez żadnych dodatkowych odznaczeń – intymnie zespolony z ciałem, przykryty nielicznymi ozdobami w postaci husty, pagonów i sznura. W roku 1982, zanim zdobyłem, wprowadzoną przez nowo mianowanego Przewodniczącego ZHP, sprawność ‚Dysortografa’ i ‚Dyskalkulika’ stosowałem odmienną pisownię określającą trójkątny kawałek materiału zdobiącego mundur, a nawet potrafiłem policzyć jego pole na podstawie długości boków. Zdobywanie kolejnych sprawności harcerskich może być niebezpieczne. Potrzeba ciągłego doskonalenia wydaje się być czymś czysto ludzkim i nie mającym nic wspólnego z stanem bytu wampiszona, być może to ona właśnie była tym tajemniczym czynnikiem który ostatecznie mnie tak zbliżył do ludzi a oddalił od moich prawdziwych pobratymców. Potrzeba zdobycia pierwszej sprawności wyrywająca mnie ze stanu doskonałości i wyciszonej pierwotnej ciemności z której pochodzę zbiegła się z pojawieniem się potrzeby innego typu, wręcz potrzeby przeciwstawnej, której celem wydawało się jeszcze silniejsze rzucenie mnie w ciemność, w jej jeszcze bardziej nieznane i głębsze obszary, poza spokojną sferą wyciszenia i niebytu.

4)

Pierwszy na świecie bank męskiego nasienia nie powstałby gdyby nie wielka wiara w ów projekt żywiona wolą i siłą życiową jego założyciela, znawcy prestiżowej i wyrafinowanej sztuki składania serwetki, Xaviera Garcon. Determinacja z jaką Garcon podjął się zadania z niespotykaną mocą i lekkością przeniosła go ponad murami przeszkód, takich chociażby jak absolutny brak chętnych do składania w jego banku swoich życiowych depozytów – współpracowników, których chęć zarobienia kilkudziesięciu dolarów zwyciężyłaby nieufność wobec tak nowatorskiego projektu. Dosłownie nikt się nie zgłaszał, mimo umieszczenia ogłoszeń w najbardziej drogich i prestiżowych czasopismach. Na szczęście wraz z ideą pierwszego na świecie banku nasienia, natura umieściła mózgu Xaviera także bardzo aktywne obszary związane z produkcją tych zestawów hormonalno-chemicznych, które w zetknięciu z predyspozycjami także fizycznymi w obszarze genitalnym, mogły wypełnić tę biznesowo-społeczną lukę. Xavier był libidalnym geniuszem – zdolnym wyprodukować w ciągu miesiąca pierwsze zasoby swojego banku, sam jeden, bez żadnej pomocy, jedynie za sprawą własnego geniuszu i wyobraźni. Mimo tak wielkiego uzdolnienia, sam wolał widzieć w swoich dokonaniach wynik ogromnej pracy i wielkiego skupienia jakiej chciał i potrafił jej dostarczyć. Zamykając się w samotności w aseptycznym środowisku kolb i probówek, przerywając swoje wysiłki jedynie lekturą dzieł Petrarki i Owidiusza, krok po kroku budował swoje imperium życia i nadziei!

3)

Xavier Garcon nie był wampiszonem. Nie znał nawet takiego określenia. Prawdopodobnie najbliżej skojarzyłoby mu się on z kotylionem, albowiem był Francuzem. Nawiasem mówiąc lubił nosić kotyliony i ilekroć coś na siebie nakładał, najbardziej wierzchnią warstwę stanowił właśnie wstążeczkowaty kwiat z królestwa sztucznych, rodziny kotylionowatych, podgrupy zielonomarszczonych. Xavier zwykł także wdziewać melonik, co absolutnie współgrało ze style bycia dżentelmena identyfikowanego z jego osobą pod każdną szerokością geograficzną pod którą się pojawiał, albowiem taki właśnie był przyćmiewając innych dżentelmenów niepojmowalnym przez zwykły umysł gracją i stylem bycia. Mimo upływu lat w jego oczach błyszczało wciąż to samo światło pogody ducha, płynące z wewnętrznego przekonania, że wszystkie cierpienia świata można ukoić, przepuszczając kobiety w przejściach, używając określenia „proszę pozwolić, że to potrzymam”, oraz zmieniająć skarpetki trzy razy w ciągu dnia. Oczywiście w ciągu tego samego dnia, a nie po prostu jakiegoś dnia, co jest nieskończenie bardziej uprzejme. Oprócz zasłużonego statusu dżentelmena Xavier dzierżył także inny tytuł, znany nielicznym, a wiążący się z pokaźnym, posiadanym przez Francuza majątkiem. Był bowiem pomysłodawcą oraz założycielem pierwszego na świecie banku męskiego nasienia, co ze szczególną skrupulatnością zdecydował się podkreślić w nazwie, chcąc odróżnić się od składów innych nasion, takich jak przenica, jęczmień i znany tylko elicie ogrodnictwa: bank zamrożonych nasion pomidora z których nic już nie będzie.

2)

Idę ulicą Grochowską. Stało się. Powiedziałem o tym i już się nie wywinę – już wiecie, że mieszkam na Pradzę. Wiem, że dla lewobrzeżnych warszawiaków jestem obywatelem drugiej kategorii. Moje miejsce jest w cieniu prawobrzeżnych drzew, lewomyślnych rzezimieszków błyskających nożami może nie zawsze i wszędzie, ale czasami jednak tak, gdy w nieodpowiednim czasie i miejscu rzuci się zbyt odważne spojrzenie w ich stronę. Bycie harcerzem nie wiele tu pomaga. O wiele bardziej pomaga bycie wampiszonem. Lubię określenie krwiokonsument – jest takie staranne w brzmieniu. Nie popadające w romantyczne inklinacje słowa „wampir”. Takie czysto techniczne i kojarzące się najlepszym okresem mojego życia – czasami socjalistycznej Polski. Harcerzem jest się przez całe życie. Kiedy w 1982 roku złożyłem palec wskazujący i środkowy, a następnie uniosłem je ku niebu, czułem całym swoim istnieniem, a także nawet całym brakiem swojego istnienia, że pragnę nim być! Harcerzem! Naśladowcą Baden Powella. Och gdybyż jeszcze ten założyciel scautingu był wampiszonem… gdybyż chociaż czasami ciągnęło go w stronę mocniejszych drinków z na bazie osocza mógłbym nie tylko kochać go całą duszą (jak dzieje się teraz), ale także uwielbić i uczynić absolutnym autorytetem. Niestety, postument na który wyniosłem mentora swojego życia, podobnie jak on sam, zbudowany jest wielu kawałków. Z budulca wielu ludzi i wampiszonów, skradzionego z ich słów i czynów. Pozwólcie, że wypowiem znów na głos to co z palcami ku niebu, z nabożną trzcią powtarzałem wtedy, przez szkolnym placem, poruszając wyschniętymi wargami, tęskniącymi tak samo do słów jak i do osocza – hemoglobiny uwzniaślającej przysięgi harcerskiej, jak i zwyczajnej hemoglobiny – czerwonej i mokrej, pachnącej kwiatami. Wiem, wiem – powiecie, że zapach krwi ma się nijak do bukietów i kalafiorów (wszak kalafior jest kwiatem), ale powiem wam – wtedy na tym placu przed szkołą, zapach róż ustawionych w szeregu, oraz ludzki zapach kolegów ustawionych na baczność, jeden obok drugiego mieszały się ze sobą w jakiejś euforii niesamowitej. Euforii idącej ku niebu śladem uniesionych palców i słowa przysięgi, którą wciąż w myślach powtarzam brzmiały jak słowo wieczyste! Przysięgam służyć Tobie, Ojczyzno! Być wiernym sprawie socjalizmu, walczyć o pokój i szczęście ludzi, być posłusznym prawu Harcerskiemu.

Wiem, wiem, że nie uniknąłem popadnięcia w pretensjonalny patetyzm, ale łatwo wam mówić, istnieniom ludzkim, opatulonych codziennością jak kocem, nie podlegających rozwydrzonej wieczności. Wampiszony niestety bywają patetyczne. Być może zdziwi was fakt, że same nie cierpią tej swojej pretensjonalności, że czują ją każdą cząstką ciała, tak jak wirtuoz instrumentu fizycznym wręcz przykurczem reaguje na fałsz i nieczystość dźwięku.

1)

Tu i teraz. Jakoś tak. Staram się po prostu być tu i teraz. Nie jest to łatwe ponieważ „Tu i Teraz” może oznaczać wszystko. W zależności od tego co wypełnia ‘TU’ i czym staje się ‘Teraz’ Tu. Pierwszy krok poprzedza drugi więc nieżliwym jest wykonanie drugiego jeśli wcześniej nie Stanie się pierwszy. Wyjątek stanowią może małe dzieci, które potrafią tak przeskakiwać z jednej płyty chodnikowej na drugą, że omijają całą jedną płytę i znajdują się od razu trzeciej. Pomaga im w tym zwykle pewien rysunek. Rysunek w kształcie człowieka składającego się z bloków. Jego ręce to kwadraty, podobnie jak nogi i tułow. Głowa nie stanowi tu zbytniego wyjątku, gdyż jak cała reszta też jest kwadratowa. Ludzik może się uśmiechać lub być smutny, w zależności od tego, co dziecięca fantazja umieści mu w twarzy. Dzieci przeskakują z jednego kwadratu na drugi. Tip top. Hip hop… czy Bóg raczy wiedzieć jaki odgłos wtedy wydają. Rok 1989 był w pewnym CZASIE moim „Tu i Teraz” Miałem lat zaledwie 19, co obliczyć jest bardzo łatwo, gdyż urodziłem się w 1970. Mój najbliższy przyjaciel z czasów dzieciństwa urodził się zaledwie dwa lata później, a przynajmniej tak twierdził do pewnego momentu naszej znajomości…

Winien tu jestem pewne wyjaśnienie – sprostowanie faktów – w rzeczywistości Marcin nie urodził się w sposób zwyczajny… właściwie to w ogóle się nie urodził. Ilekroć pamiętał zawsze był. Właściwie każdy może o sobie powiedzieć to samo, ale w jego przypadku nie było świadków, którzy twierdziliby inaczej.